Przez żołądek do... szczęścia?
Kiedy szef kuchni zaczyna wierzyć, że jest dobry w tym, co robi? Decyduje o tym jakiś szczególny moment? Kiedy ty to poczułaś?
Był rok 2010. Pracowałam jako szef kuchni w restauracji na Śródmieściu. Wtedy najbardziej poważanym krytykiem kulinarnym był Maciek Nowak. Wiedziałam, że jeżeli pojawi się u mnie, to znaczy, że to, co robię, jest dobre. No i przyszedł pewnego deszczowego majowego popołudnia... Wszedł do restauracji, która była w tym momencie totalnie pusta. Usiadł przy stoliku, wziął kartę, wybrał chyba wszystko, co mógł. I obserwował, jak z minuty na minutę to niewielkie miejsce zapełnia się gośćmi. Zjadł wszystko.
I co powiedział?
Nic. Wiedzieliśmy, że opinia pojawi się w ciągu tygodnia. W gazecie. To nie były czasy internetu. Tego dnia wstałam bardzo wcześnie. Pomyślałam, że jeśli będzie dobrze, chcę to pierwsza przeczytać. A jeśli będzie źle, to chcę wypłakać się w samotności, żeby moja mama nie widziała.
Otworzyłaś gazetę i...
... Płakałam. Ale ze szczęścia. Ten dzień był bardzo ważny, pokazał, że to, co robię, ma sens.
Długo „szłaś” do tego dnia?
W wieku 23 lat wyjechałam do Niemiec, kompletnie bez znajomości języka i bez pomysłu, co będę robić. Przez przypadek trafiłam do włoskiej restauracji, prowadzonej przez Sycylijczyka. Od razu powiedział mi, że nie jest to praca dla kobiet. A ja po kilku godzinach wiedziałam, że chcę się tu nauczyć wszystkiego. Weszłam w trudne środowisko, wyłącznie Włochów i Turków. Istotnie, byłam jedyną kobietą. I przeszłam piekło na ziemi.
Szkoła życia?
Ale to podwaliny wszystkiego, co potrafię. Mój szef powiedział, że jeżeli poważnie myślę o zawodowym gotowaniu, będę musiała przejść wszystkie etapy tej pracy. I że potrwa co najmniej rok, zanim będę mogła samodzielnie pracować. Po sześciu miesiącach byłam jego zastępcą.
I związałaś już z tym swoje życie zawodowe.
A przecież miałam inne plany! Chciałam być prawnikiem, zdawałam ostatecznie na dziennikarstwo, ale się nie udało. Przyjęto mnie jednak na filologię polską. A potem rzuciłam studia i wyjechałam za granicę.
Pochodzisz z rodziny, w której gotowało się od zawsze, a dziadkowie prowadzili nawet w latach 60.-70. wagon Wars.
Wszystkiego nauczyłam się od mamy, babci i prababci. Cała rodzina spotykała się na niedzielnych obiadach, na których zawsze była legumina babci, kapuśniak kielecki dziadka, potrawka mamy czy pączki prababci. Wszyscy gotowali doskonale i z ogromną namiętnością. Moja mama została wdową w młodym wieku, a że miała bardzo długą przerwę w życiu zawodowym, nie mogła wrócić do zawodu chemika. Jedyną profesją, która mogła pomóc jej wychować czwórkę dzieci, było gotowanie. Miałam wtedy kilkanaście lat. Kochałam gotowanie, więc zaczęłam robić to z nią.
Cały artykuł można przeczytać w magazynie dostępnym na KupujeszPomagasz.pl