Miasto w srebrnej poświacie
„Poemat o mieście Lublinie” Józef Czechowicz zadedykował miastu, w którym urodził się i spędził większość życia. Wprawdzie niespełna rok wcześniej Czechowicz opuścił rodzinne miasto, udając się na stałe do Warszawy, gdzie podjął pracę w redakcjach kilku czasopism literackich. Jednak w utworze, którego akcja toczy się pośród ulic Lublina w lipcową noc 1934 roku widać przywiązanie, a także niezwykłą fascynację miastem. Nie ma wątpliwości, że to wyraz tęsknoty za miejscem, którego niewysłowiony czar nie pozwala o sobie zapomnieć.
Miasto w oparach mgły
Czytając Poemat, nie sposób nie odnieść wrażenia, iż postać Wędrowca – głównego bohatera utworu – stanowi alter ego Józefa Czechowicza, powracającego do ukochanego miasta z zamiarem odbycia wędrówki po miejscach szczególnie mu bliskich. Nanosząc je na przedwojenną mapę Lublina, można dokładnie odtworzyć przebieg eskapady, by w ślad za nim udać się w zmysłową podróż po onirycznej lubelskiej przestrzeni, która przysiadła nad podmokłymi łąkami, otoczonymi ze wszech stron kołami pagórów. Takie położenie sprawiało, że Lublin i jego okolice często tonęły w oparach mgły…
Tak było i wtedy, kiedy szosą od strony Warszawy zbliżał się nocą bohater Poematu. Mimo dojmującej wokół ciszy, nie słyszał we mgle swych kroków, ale za to z oddali dobiegały do niego furkot blaszanego kogucika na Trynitarskiej Wieży oraz ciche nucenie zegara z Bramy Krakowskiej. Wkraczając na kręte uliczki Wieniawy – starego żydowskiego przedmieścia, niegdyś winnicami opinającego jego wzgórza – poczuł, że miasto kochane, za którym tak bardzo tęsknił, znowu otula go i ogarnia. I choć do północy niedaleko już było, dźwięk mechanizmu żurawia z wiejskiego podwórza podpowiadał mu, że gdzieś ktoś jeszcze wodę ze studni ciągnął.
Towarzysz księżyc
Mgła nad miastem powoli rzedła, a nad głową Wędrowca księżyc w pełni przeganiał czarne i kosmate chmury, by jasnym blaskiem wyznaczyć piechurowi dalszą drogę, stając się wiernym towarzyszem wędrówki.
Wiedziony poświatą srebrzystej kuli, szedł Wędrowiec przez miasto, mijając cienie ruder i zapadłych w ziemię domostw, ulice i place łańcuchami lamp nocnych spętane, a także otoczony wysokim murem Ogród Saski, dokąd – jako nauczyciel – przychodził z dziećmi, aby w jesiennym powietrzu obserwować spływające z drzew liście.