Morsowanie
Pierwsza próba może być nieudana. Ale nie musi. Wiele osób zraża się do morsowania po swoim pierwszym razie. Jest zimno, nie czujemy swojego ciała, zaczynamy się trząść, a w głowie pojawiają się uporczywe myśli, że to morsowanie to jednak nie dla mnie. Pamiętam, że pierwsza taka myśl pojawiła się, kiedy stawiłam się na wskazanym do morsowania miejscu i zobaczyłam tłum głośno pokrzykujących golasów. Był sylwester, więc miejscowy klub morsa świętował nowy rok, wchodząc do wody w strojach wieczorowych i przebraniach – w zimnej wodzie pito szampana i pozowano do zdjęć. Wyglądało to na dobrą zabawę, jednak dla mnie – osoby, dla której wejście do zimnej wody było walką i przekroczeniem wszystkich stref komfortu – to było po prostu za dużo. Krzyki skutecznie mnie rozpraszały, i sama, walcząc niemal o życie, czułam się zagubiona w przekrzykujących się tłumie. Ostatecznie nabrałam przekonania, że morsowanie nie jest dla mnie, kiedy po wyjściu z wody poczułam się jak kostka lodu, i to uczucie towarzyszyło mi przez wiele późniejszych godzin – aż do wieczora nie potrafiłam się rozgrzać.
Alarm w mózgu i praca z oddechem
Z perspektywy czasu wiem, że popełniłam wszystkie typowe błędy i że mogłam ich uniknąć, gdybym wiedziała, jakie procesy zachodzą w ciele w kontakcie z zimnem. Szukając odpowiedzi na to, co się wtedy stało, trafiłam na metodę Wima Hofa, propagatora świadomego morsowania. Czym różni się ta metoda od klasycznego podejścia? — Metoda powstała jako wynik eksperymentów z zimnem samego Wima i wniosków z badań naukowych. Opiera się na trzech filarach: medytacji, kontaktu z zimnem i oddechu — opowiada Tomasz Sobociński, polski instruktor metody Wima Hofa. — Przede wszystkim to nie są zawody. Z medycznego punktu widzenia najlepsze efekty zdrowotne osiąga się pozostając w zimnie przez nie więcej niż 4 minuty.
Cały artykuł można przeczytać w magazynie dostępnym na KupujeszPomagasz.pl