Historia jednego monidła
W dawnych czasach, zanim kolorowa fotografia stała się codziennością, popularną formą portretu rodzinnego było tzw. monidło. Zdjęcie czarno-białe, ręcznie podkolorowane, oprawione w ozdobną ramę i zawieszone w najbardziej reprezentacyjnym miejscu domu – dumny symbol rodziny, miłości, wspólnego życia.
W Pałacu i Folwarku w Łochowie, w zabytkowym budynku Wozowni, schronienie znalazła kolekcja monideł nieudanych, które miały trafić na śmietnik. Zostały ocalone przez prezesa Arche Władysława Grochowskiego w latach 60-tych ze Spółdzielni Usług Fotograficznych i Kulturalno-Oświatowych ZORZA, gdzie wówczas pracował jako młody chłopak.
Jest wśród nich jedno z takich monideł. Niby zwyczajne. Przedstawia uśmiechniętą kobietę z delikatnie zaróżowionymi policzkami, w ciemnej koszuli z koralami na szyi.
Patrzy przed siebie, z tym charakterystycznym, miękkim uśmiechem, który znają tylko zdjęcia z minionych epok.
Przez lata portret był po prostu częścią wystroju – elementem wtopionym w klimat miejsca. Odwiedzający mijali go często bez większego zastanowienia. Aż do pewnego dnia tegorocznych wakacji.
Podczas jednego z weekendów, do Wozowni zajrzała Pani Ola z Dolnego Śląska.
Ot, zwykła wizyta – odpoczynek, spacer po folwarku, zwiedzanie. Ale w jednej chwili wszystko się zmieniło.
— To moja mama Ania... — powiedziała nagle kobieta, zatrzymując się przed wspomnianym monidłem. Jakby sama nie wierzyła w to, co widzi.