Dżentelmen, kawosz, artysta
Gdy przychodził do pracowni malarskiej, przebierał się, szedł do łazienki, odkręcał wodę i przy jej szumie wymieniał imiona i nazwiska osób, które znał. To go uspokajało, dawało poczucie bezpieczeństwa. Potem zakręcał wodę. Dopiero teraz był gotowy do pracy. Zawsze schludny, dokładny, systematyczny. Nie było odstępstw od rutynowych czynności, bo te codzienne rytuały pozwalały mu funkcjonować w miarę samodzielnie. Kiedy coś go niepokoiło, np. brzydki zapach w jednym z pomieszczeń, od razu zgłaszał to do kierownika warsztatów.
Jeszcze do niedawna Klaudiusz Grabisna spędzał każdy dzień w Warsztacie Terapii Zajęciowej w Sochaczewie, gdzie tworzył od 2000 roku pod czujnym okiem Basi Derdy. Siadał przy swoim stole i zaczynał malować. Głównie kropki. To jego znak rozpoznawczy. Zaczął stosować tę technikę, bo trzeba było wypełnić przestrzeń w rysunkach.
Na początku, gdy trafił do Warsztatów Terapii Zajęciowej, nie był skory do rozmowy. Miał karteczkę papieru, na której coś zapisywał. Tak bronił się przed nową sytuacją - groził, że złoży donos na instruktorów. A potem zaczął tworzyć pierwsze rysunki. Proste, schematyczne, przypominające prace małego dziecka.
Klaudiusz i Mama
Jego matka, urzędniczka w hucie (rocznik 1932), podjęła ciężar samotnego wychowania dziecka z zespołem Downa. Pół wieku temu rehabilitacja dzieci nie była codziennością, ale ona zadbała, aby wychowywał się z rówieśnikami. Poszedł do przedszkola i skończył szkołę podstawową. Mama wynajmowała prywatne nauczycielki, aby podciągały go w nauce, czytała mu książki. Zabierała go na wakacje nad morze. Spowodowała, że interesował się historią, geografią. A on robił notatki ze wszystkiego, co zobaczył i usłyszał. Potem układał karteczki na biurku. Mama nauczyła go także czystości, dbania o siebie. I rozkładała duże arkusze papieru, aby mógł swobodnie tworzyć. Wierzyła, że to dobre dla rozwoju dziecka.
Cały artykuł można przeczytać w magazynie dostępnym na KupujeszPomagasz.pl