Przez morze
W słoneczne dni z wieży naszego kościoła widać duńską wyspę Bornholm. Tak mi kiedyś powiedział kolega – ministrant. Wszystko było możliwe. Kościół był gotycki, stał na wzniesieniu i miał gigantyczną, jak mi się wtedy zdawało, wieżę zegarową. Ksiądz prowadzał tam na wycieczkę tylko najlepszych ministrantów. Ja najlepszy nigdy nie byłem i wyleciałem, zanim załapałem się na zwiedzanie, więc Bornholmu nigdy z tej wieży nie zobaczyłem.
Ale wierzyłem, że jest. To, że mieszka tam wysoko rozwinięta cywilizacja humanoidalna, było dla mnie jasne od dziecka. Ślady tej wysokiej kultury znajdowaliśmy w piachu, jak bursztyn – po każdym większym sztormie. To, że piwo można wlewać do metalowych puszek, mleko do papierowych kartonów, a złowione ryby wkładać do kolorowych jak z technicoloru, plastikowych skrzynek, dowiedziałem się spacerując po darłowskiej plaży. Że cywilizacja ta jest humanoidalna, miałem pewność kilka lat później, gdy pod nieobecność rodziców mój najlepszy kolega zaprosił do siebie chłopaków z naszej klasy. Pokazał nam wtedy znalezione w szpargałach ojca gazetki. Były sto razy bardziej kolorowe niż „Kraj Rad” i sto razy ciekawsze, bo wypełnione zdjęciami nagich kobiet. Nie trzeba było nawet znać języka, by wszystko rozumieć. Kolegi tata był rybakiem i wszystkie te cuda przywiózł z Wyspy – tak zaczęli nazywać ją nasi rybacy, którzy w latach 70. zawijali tam do portów w Nexø i Rønne.
Cały artykuł można przeczytać w magazynie dostępnym na KupujeszPomagasz.pl